Krucha moralność, czyli atak bezwstydnych osłów…

No i zaczęła się zaciekła wojna. Wojna w obronie Bogu ducha winnych dzieci, wystawianych przez media oraz otoczenie, na gorszące bodźce oraz demoralizujące incydenty. Co rusz słychać głosy matek, dla których kawałek nagiego ciała, czy o zgrozo, wychowanie seksualne w szkołach, to siła nieczysta mierząca w niewinność ich pociech. Bo przecież kiedyś tak nie było! To trochę jak z hasłem „za komuny było lepiej!”, lubimy ze łzą wzruszenia wspominać dawne „lepsze” czasy i wyrażać bunt wobec nowej, pozbawionej moralności epoki i typowych dla niej zachowań…ale czy aby na pewno nowych? Czy nie brzmi to wszystko jednak odrobinę znajomo?

W ostatnich tygodniach wybuchł, w mniemaniu niektórych mam zwiedzających Stare Zoo w Poznaniu, istny skandal, jako, że mieszkające tam na co dzień osły postanowiły oddać się swojej naturalnej czynności, zwanej kopulacją…Aż strach użyć tego terminu… zapewne to nie wypada (no cóż, odrzucam swój wstyd i brnę dalej w wywodzie, jak te hipopotamy w błocie na wybiegu, po zwietrzeniu wspomnianej afery stulecia, jak widać nie tylko my bywamy ciekawscy).  Sam ten fakt nie powoduje jeszcze zawału wśród zwiedzających. Istna draka ma dopiero miejsce, gdy okazuje się, że te parzystokopytne uparciuchy dokonują tak haniebnego czynu na oczach dzieci, znajdujących się na pobliskim placu zabaw! A to bezwstydne bestie! Czas najwyższy zaprzestać tak  niegodziwych praktyk, czas zastąpić rdzenną zwierzynę okazami z tektury, wtedy z pewnością nie wykażą się żadną deprawującą procedurą. Tak! Innego wyjścia nie widzę, bo przecież jak każda matka, chcę ochronić swoje potomstwo przed wulgarnym i wynaturzonym zachowaniem…zaraz zaraz, czy ja widzę na balustradzie mojego balkonu spółkujące gołębie? Pozostaje tylko wołać o pomstę do nieba…albo lepiej po wiatrówkę…tak, wiatrówkę…najlepiej szybciutko..priorytetem!

Inna, w moim mniemaniu lekko śmieszna, lekko straszna sytuacja sporna to  szeroko omawiana przez media dyskusja między Anną Muchą  a Małgorzatą Terlikowską, dotycząca występowania nagości w życiu dziecka. Wywiad ten wywołał zagorzałą polemikę między zwolenniczkami i przeciwniczkami obnażania się w towarzystwie nieletnich, jak i zezwolenia na ich własną goliznę. Czyż nie są rozbrajające małe golaski przeskakujące przez płynące w ich stronę szumiące fale? Okazuje się, że nie…to jednak perwersja! O losie mój, jakąż ja krzywdę czyniłam przez ostatnich pięć lat moim dwóm potomkom. Spłonę zapewne ogniem piekielnym… ale zanim to nastąpi, pozwolę sobie zauważyć pewną niespójność argumentów. Nagość nagością, ale czy kwalifikowanie stroju Adama jako rzecz nienaturalną i skrajnie gorszącą, to nie czasem, delikatnie mówiąc, gruba przesada?

Te same matki, które nie wyobrażają sobie siebie, bądź swej pociechy tak jak ich Bóg stworzył, to te same rodzicielki, które od pierwszych dni życia dbają o rozwój intelektualny swoich smyków. Już w pierwszym roku starają się, aby dziecko stało się wrażliwe na muzykę, najlepiej oczywiście dźwięki muzyki klasycznej, a w późniejszym okresie uzbrajają je w pędzle i kolorowe farbki, licząc że wyrośnie z nich kolejny Picasso.

Bo przecież każda matka zdaje sobie sprawę z tego, że kultura i sztuka powinny odgrywać znaczącą rolę w życiu ich potomków. Tylko jak wkomponować ten strach przed zgorszeniem, tę trwogę o niewinne oczy dziecka w kontekst twórczości?  Jak wyjaśnić ociekające nagością i seksem obrazy i rzeźby, rozpoczynając chociażby od arcydzieł Botticellego? Od dawien dawna miał miejsce kult nagiego ciała oraz fizycznej sprawności i siły. Naga kobieta stała się inspiracją dla wielu rzeźbiarzy i malarzy, o czym świadczy np powstanie Venus z Milo. Kobiece akty nie miały na celu gorszenia widza, a budzenie podziwu dla ludzkiej fizjonomii i piękna. Czy w związku z zaistniałą sytuacją potomkowie wzburzonych Pań powinni unikać jak ognia piekielnego muzealnych przybytków, aż ziejących grozą, zepsuciem i całkowitym znieprawieniem? Jak uniknąć Sodomy i Gomory, nie tracąc jednak kontaktu z tradycją i kunsztem artystycznym? Czy naprawdę mamy unikać galerii i muzeów w obawie przez totalną zagładą naszej etyki i obyczajowości? Jak na moje oko zadanie dość trudne, jeśli nie niemożliwe, choć podobno nie ma rzeczy niemożliwych…

A cała afera rozchodzi się o nieskażoną grzechem duszę dziecka, o jego moralność i wzorcowy rozwój osobowości…czasem jednak odnoszę wrażenie, że to argumenty wspomnianych wojowniczek etyki są nieskażone głębszą refleksją a nawet pomyślunkiem… A może jednak szukamy problemu tam gdzie go nie ma i nie warto kruszyć kopii? No cóż, kończę, jako że na korytarzu przemknął jakiś nieletni golas, co oznacza że przyszedł długo wyczekiwany czas kąpieli. Oj tak…uwielbiam tę małą jaskółeczkę zwiastująca nadchodzący wolny wieczór!

πerogi :)

 

Pierogi, pierogi z kapustą i z grzybami, pierogi ruskie, pierogi na słodko. Te rozpływające się w ustach kluchy są nieodłącznym symbolem świąt Bożego narodzenia a także bardzo popularnym narodowym daniem. Od jakiegoś czasu nie miałam okazji ich skosztować a że uwielbiam eksperymentować, postanowiłam tym razem nie ograniczać się do ziemniaków i sera, ale stworzyć farsz z zupełnie innej beczki. Zmuszona koniecznością spożycia mozzarelli, której data ważności chyliła się ku końcowi, zadecydowałam, że będzie ona stanowiła jeden ze składników dania. Drugim głównym bohaterem stał się szpinak liściasty oraz cebulka i czosnek. W ten sposób powstały pierogi ze szpinakiem i mozzarellą. Poniżej przedstawiam prosty przepis krok po kroku:

Ciasto: mąka tortowa: 3,5 szklanki, jajko, 4 łyżki oleju, 3 duże szczypty soli, 1 szklanka letniej wody.

Do mąki dodajemy jajko, w międzyczasie rozpuszczamy sól w letniej wodzie, a następnie powoli dodajemy wodę do mąki z jajem. Po wyrobieniu dodajemy olej i wyrabiamy dalej ciasto aż do momentu kiedy będzie elastyczne.

Farsz: szpinak liściasty (w naszym przypadku był to szpinak mrożony), kilka ząbków czosnku (wg gustu), cebula, 2 mozzarelle (lub więcej jeśli ma się farsz bardziej ciągnąć), sól, pieprz.

Kroimy cebule w drobną kostkę, następnie podsmażamy ją i dodajemy do niej pokrojony drobniutko czosnek. Szpinak mrożony podduszamy na patelni, gdy już będzie gotowy dodajemy do niego cebulę z czosnkiem oraz doprawiamy pieprzem i solą dla smaku. Mozzarellę kroimy na małe kawałki, następnie na wykrojonych z ciasta kółek kładziemy ser a następnie przygotowany farsz.

Wykonanie farszu jest bardzo proste, przygotowanie ciasta i jego wykrojenie wiadomo trwa trochę czasu, ale efekt sprawia, że jest to gra warta świeczki ;)

 

Z serii Zrób to Sam: Kącik małego artysty :)

Esy floresy i inne bazgroły na świeżo pomalowanych ścianach to zmora nie jednego rodzica. Zamiast wprowadzać zakazy i wiecznie się denerwować, lepiej stworzyć maluchowi kącik małego artysty. Planując tablicę dla syna za cel postawiłam sobie stworzenie powierzchni, na której będzie mógł zarówno rysować kredą, jak i przyczepiać magnetyczny alfabet. Chciałam również uniknąć szablonowych tablic dwustronnych dostępnych w każdym markecie. Tak powstał pomysł zakupienia farby magnetycznej i tablicowej, oraz wykonania własnego, prostego aczkolwiek niepowtarzalnego projektu. Bo nic nie cieszy tak bardzo jak efekt własnej pracy ;)

Macie ochotę stworzyć coś podobnego? Nic prostszego, wystarczy zakupić wspomniane farby,  taśmę  malarską oraz wałek.

Na początek szkicujemy wybrany kształt, ja postawiłam na puzzle ale równie dobrze może to być proste koło, kwadrat, czy np samochodzik. Wszystko zależy od Waszej inwencji oraz powierzchni ściany jaką dysponujecie. Po wykonaniu obrysu, należy od strony zewnętrznej obkleić go taśmą malarską, w celu uniknięcia większych zabrudzeń ściany poza kształtem.

Następnie małym wałkiem lub pędzlem z miękkim włosiem nakładamy pierwszą warstwę farby magnetycznej. Kolejną warstwę nakładamy po 4 godzinach. Producent zaleca 2-3 warstwy farby, ja jednak zdecydowałam się nałożyć 4, biorąc pod uwagę fakt, że zostanie ona pokryta 2 warstwami farby tablicowej. Plusem farby magnetycznej jet łatwość w jej usuwaniu z niepożądanych miejsc. Pomimo oklejenia listew podłogowych nie udało mi się uniknąć drobnych zabrudzeń. Wystarczyło pochlapane farbą miejsca przetrzeć wilgotną gąbką lub ściereczką.

Następnie nakładamy 2 warstwy farby tablicowej, z odstępem 2-3 godzin. Po wyschnięciu całości ściągamy taśmę malarską. Ja zdecydowałam się jeszcze stworzyć zieloną obwódkę, nawiązującą do wystroju pokoiku.

To bardzo proste i przyjemne dekorowanie dziecięcego pokoju. Koszt 2 farb to ok 140zł w internecie. Można również zrezygnować z farby tablicowej na rzecz farby kolorowej. W ten sposób można stworzyć atrakcyjną różnobarwną tablicę magnetyczną. Do dzieła! ;)

Gdzie są moje klucze? Czyli sposób na poszukiwaczy domowych skarbów.

Gdzie ja mam moje klucze…gdzie podziałam telefon…? Brzmi znajomo?Jeśli tak, to zapewne i w Waszym ognisku domowym występują charakterystyczne osobniki, cierpiące na chroniczną amnezję. Dotyczy ona w szczególności przedmiotów niezbędnych, bez których nie można zamknąć mieszkania czy odpalić  samochodu (nie wykluczając kryzysu podczas prób dostania się do samego garażu ;) My oraz nasi ukochani domownicy permanentnie stajemy się poszukiwaczami wspomnianych skarbów, co potrafi wyprowadzić z równowagi nie jednego mistrza medytacji. Jednak nie ma nic gorszego niż uświadomienie sobie braku telefonu komórkowego, kiedy jesteśmy już parę kilometrów od domu i na 5 minut przez arcy ważnym spotkaniem służbowym. Postanowiliśmy więc zdusić problem w zarodku, a dokładniej jeszcze przed przekroczeniem progu własnego domu. Wystarczyła 1 biała kartka, ołówek i brązowa kredka oraz najprostsza biała ramka, tak powstała  oryginalna i niepowtarzalna niezapominajka na nasze drzwi. Polecamy wszystkim tym, którzy mają podobne problemy z ogarnięciem porannego chaosu ;)

 

Matka Polka Bolesna

„Zostanę mamą!!!”…te pierwsze słowa, wypowiedziane na widok dwóch różowych kresek na teście trzymanym w drżących od emocji dłoniach, zapoczątkowały wielką rodzicielską przygodę. Z początku wydawała się niezwykle ekscytująca i banalnie prosta, szczególnie po ujrzeniu uśmiechniętych i zrelaksowanych twarzy rodziców na okładkach ciążowych poradników. Żyć nie umierać! Jakież było moje zdziwienie gdy nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji,  okazało się bowiem, że to pełne wybojów i wątpliwości wyzwanie, któremu sami musimy dzielnie stawić czoła.

Już w okresie ciąży zasypywana byłam ogromem informacji zarówno z poradników jak i otoczenia, informacji często dyskusyjnych i całkowicie sprzecznych. Nagle wychowanie nowego potomka rodziny zaczęło do złudzenia przypominać tresurę owczarka niemieckiego, w celu przygotowania go do konkursu piękności i sprawności. Odniosłam wrażenie, że dla świata zewnętrznego wychowanie dziecka to proces szablonowy, stroniący od wszelkiego rodzaju spontaniczności. Hasłami dnia stawały się oznajmienia: „Powinnaś/ nie powinnaś”.

Dzień narodzin mojego syna stał się więc nieświadomie także dniem narodzin buntu, a za razem konfliktu wewnętrznego. Bo skąd świeżo upieczona mama, chroniczna morderczyni domowych kwiatów, w tym kaktusów (sic!), ma wiedzieć jak odróżnić przydatne porady od demagogii ciotek, na które powinna patrzeć z przymrużeniem oka??? Z perspektywy trzech niezwykle emocjonujących, wzruszających ale także przerażających czasem lat stwierdzam, że jestem matką złą…tak…dokładnie tak, złą, pozbawioną rozsądku i skrajnie nieodpowiedzialną…

Spójrzmy chociaż na drażliwą kwestię snu. Niedawno na jednym z forum o dziwo dowiedziałam się, że w oczach autora wpisu rodzice, którzy nie śpią z maluchem  w jednym łóżku to rodzice nieczuli na jego krzywdę, odbierający mu poczucie bezpieczeństwa, poczucie bliskości. Zagalopował się nawet przyrównując dystans dzielący nocą członków rodziny do średniowiecznych tortur… Jak to się ma do mojego śpiocha, który po przyłożeniu ucha do poduszki o godzinie 20.00 łaskawie dawał się obudzić o 10 rano? Czy oznacza to, że jestem pozbawionym uczuć terrorystą, bo kto to widział żeby dziecko od dnia narodzin spało w swoim łóżeczku? Czy to, że nie sapałam mu całą noc nad uchem sprawia, że czuł się samotny i opuszczony? Uśmiech od ucha do ucha po przebudzeniu lekko burzy tę jakże odważną teorię. Co gorsza, i do tego się skruszona przyznaję, dałam się przekonać, że noworodek śpiący 10h ciągiem to odstępstwo od powszechnie uznawanej normy, dziwoląg, którego po 6h godzinach snu koniecznie należy obudzić do karmienia. W tym miejscu gorąco pozdrawiam położną środowiskową, dzięki której mój syn po nocnym przebudzeniu przez trzy godziny darł się w niebo głosy, nie zjadłszy ani grama pokarmu.

Kino…kluby…rozrywka…brzmią jak zapomniane głosy z odległej przeszłości…Bo przecież rodzicielstwo oznacza diametralne zmiany, wykluczające spotkania ze znajomymi czy nocne wypady. Przyszedł czas na pieluchy, który zakończył beztroską epokę szalonych imprez i zabawy. Usłyszałam kiedyś od znajomej, po tym jak z mojej strony padła propozycja wspólnego wyjścia do kina, „przecież jestem matką”… Miałam ochotę zapytać czy to jakaś odmiana ciężkiej choroby i czy mogę się tym zarazić. Powstrzymałam się jednak widząc, że druga strona jest tak utwierdzona w swoich przekonaniach, że zdążyła zapomnieć, że ja także od paru lat jestem matką :) . Czy rola rodzica musi być tylko i wyłącznie poświęceniem? Czy nie można jej także potraktować jako wyzwania, wymagającego od nas nauki gospodarowania czasem i organizacji? Nie obędzie się oczywiście bez woli pomocy ze strony dziadków czy cioć. Od lat staramy się, aby nasze wieczorne życie choć odrobinę przypominało dawne „szalone” czasy, nie stronimy także od wakacji we dwoje. Przyznaję nie jest to proste zadanie, ale całkowicie warte zachodu :)

Karmienie piersią, czy mleko modyfikowane! To kolejna kość niezgody dzieląca matki na dwa skrajne obozy. Jedyne co miałam do powiedzenia wścibskim ciotkom w pierwszych miesiącach to: „odczepcie się od mojej piersi!”. Dlaczego mama nie może sama podjąć tej decyzji, bez wpychających się zewsząd nosów „ekspertów” od żywienia dzieci, stanowiących głównie sąsiadki i Panie, które od lat nie trzymały niemowlęcia w ręce ale wiedzą najlepiej? Kochane mamy, nie dajmy się zwariować laktacyjnemu terrorowi ani przeciągnąć na siłę do obozu miłośników sypkiej mieszanki. To przecież tylko jedna z milionów ważnych decyzji które przyjdzie nam podejmować przez następnych kilkanaście lat. O co więc kruszyć kopie? Nie starajmy się więc dogodzić „starszyźnie”, dokonując narzuconych przez nią wyborów dla świętego spokoju. Dopóki będziemy poddawać się jej woli, dopóty będziemy więźniami własnej uległości a święty spokój będziemy znać tylko z opowieści :) .

Wiele razy lepiąc średnio udane babki z juniorem w piaskownicy (brak talentu rzeźbiarskiego jest u nas rodzinny) słyszałam wzburzone głosy matek oceniających swoje kuzynki, szwagierki czy sąsiadki, decydujące się na szybki powrót do pracy. A ja gratuluję tym odważnym kobietom, które świadomie podjęły decyzję, często stawiając czoła własnym matkom czy teściowym a także krzywym spojrzeniom piaskownicowych mam. Pomimo, że sama podjęłam inną decyzję, szanuję inne mamy za to, że nie dały się stłamsić przez otoczenie i zrobiły to co uważały za słuszne. Zapewne wracając po ośmiu godzinach pracy spędzały ze swoimi maluchami tylko kilka ale jakże intensywnych godzin zabawy, w czasie gdy wspomniane wcześniej mamy spędzały kolejną godzinę na ploteczkach, nie zauważając jak Jaś wsadza Piotrusiowi łopatkę w oko, a Zosia spycha Marysię ze zjeżdżalni…

Tak, jestem złą matką…złą w oczach matek polek bolesnych, wychodzących z założenia, że macierzyństwo to splot wyrzeczeń i poświęceń. W oczach ciotek i sąsiadek wzbudzających poczucie winy, że nie żyję tak jak one w trudnych czasach komuny kiedy nic nie było, a  z pewnością nie było tych wszystkich haniebnych „ustrojstw”, które o zgrozo! niecnie wykorzystuję jako pomoc w pielęgnacji dziecka. Przecież powinnam się umęczać, narzekać jak to ciężko, jak to straszno… Jestem zła, bo staram się sama podejmować decyzje, nie zawsze mile widziane przez innych, bo nie zawsze podążam trendami wyznaczonymi przez poprzednie pokolenia. Oczywiście przez tych parę lat nie obyło się bez rodzicielskich wpadek, tych większych i tych mniejszych. Jednak każde takie doświadczenie jest cenną nauką umożliwiająca w przyszłości odnosić sukcesy. Moje dziecko nie zawsze wygląda jak żywcem wyciągnięte z Vogue’a, bywa potargane, ubrudzone i nie zawsze wykazuje maniery prosto z Yale lub z Oksfordu. Jest jednak uśmiechniętym i przyjaźnie nastawionym do świata i innych ludzi młodzieńcem, które nie boi się wyrażać swoich opinii i dążyć do wyznaczonych celów. A czego matce potrzeba więcej do szczęścia??? ;)

 

 

Mini inspiracje :)

Oczekując przyjścia na świat nowego członka rodziny skrzętnie przygotowujemy jego mały, przytulny kącik, pełen niemowlęcych akcesoriów i urządzeń ułatwiających pielęgnację maluszka. Przychodzi jednak dzień gdy wszelkie przewijaki i pojemniki na pieluchy muszą zostać zdetronizowane i ustąpić miejsca mebelkom i atrakcjom dla starszej już damy czy odważnego rycerza.

Przy okazji przeprowadzki do nowego mieszkania także starałam się stworzyć dla swojego syna pokój jego marzeń, będący idealnym miejscem zabaw a także pełną ciepła mini sypialnią. Rynek dziecięcy zalewany jest systematycznie obszerną ilością akcesoriów lepszej i gorszej jakości. Niestety często świetne pomysły na aranżacje wiążą się z ogromnymi wydatkami. Postanowiłam więc znaleźć w sieci takie inspiracje, które każdy z rodziców może wykonać samodzielnie, nie wydając na to fortuny.

Jedną z koncepcji, która wywołała na mnie pozytywne wrażenie to idea stworzenia niepowtarzalnego kącika dla małego artysty. Propozycja ta znajdzie sprzymierzeńców szczególnie wśród rodziców zmęczonych ciągłym szorowaniem ścian z zamaszystych dzieł, wykonanych przez ich natchnione artystycznie pociechy. Jakiś czas temu znalazłam, przy okazji buszowania w internecie, plansze magnetyczne, składające się z 3 kolorowych kół, które umożliwiały nie tylko przyczepianie różnobarwnych magnesików i literek ale także rysowanie pisakiem ścieralnym. Brzmi zachęcająco? Niestety, cena tych trzech prostych okręgów szybko i brutalnie sprowadza na ziemię, koszt produktu to suma rzędu pięciuset złotych. Co w takim razie może zrobić rodzic , który nie dysponuje taką kwotą? Wystarczy zakupić farbę magnetyczną i poświęcić odrobinę czasu. Farba ta dostępna jest w wielu ciekawych kolorach, a według sprzedawców, można ją pokrywać także klasycznymi farbami ściennymi czy cienką tapetą. Druga opcja to zakup farby tablicowej, dzięki której maluch będzie mógł rysować kredą. Istnieje możliwość pokrycia farby magnetycznej kredową, dzięki takiemu zabiegowi uzyskamy produkt 2w1. Jeśli zależy nam na wykonaniu wspomnianych kół, wystarczy wyciąć z płyty MDF odpowiedni kształt (wiele sklepów sieciowych typu Castorama, oferuje tego typu usługi) i pokryć go wyżej wymienionymi farbami.
Oto kilka ciekawych aranżacji znalezionych w sieci:

W najbliższym czasie zamierzam wykonać różnokolorową układankę z puzzli, która ozdobi jedną ze ścian dziecięcego pokoju. Jestem na etapie planowania szczegółowej strategii i poszukiwania odpowiednich barw. Świetnie się może także komponować na ścianie kolorowa ciuchcia z wagonikami, na której maluch będzie mógł przyczepiać magnesy z literkami czy cyferkami, a także dorysowywać pasażerów. Takim sposobem każdy z nas może wykonać niepowtarzalną ozdobę, a także idealne narzędzie do nauki.
Dajcie upust własnej fantazji, pobudzajcie własną kreatywność. Każdy z nas może ozdobić azyl malucha niczym Picasso, wystarczy odrobina cierpliwości i wolnego czasu. Ja w międzyczasie będę dalej szukać inspiracji w sieci i szukać taniego i prostego sposobu ich realizacji. Do zobaczenia!

Remontowy zawrót głowy.

No i przyszedł długo oczekiwany, aczkolwiek trudny moment przeprowadzki, poprzedzony niestety serią remontowych, mało przyjemnych przejść. Nie ma jednak co rozpamiętywać, tylko cieszyć się nadchodzącymi zmianami. Po wejściu do wypieszczonego, pachnącego świeżością lokum, cała gorycz i zmęczenie idą w niepamięć. Teraz nadszedł czas na urządzanie pomieszczeń, zdobiąc je odpowiednimi, nadającymi ciepła dodatkami.

Na pierwszy ogień poszedł pokój dziecięcy, zwany Królestwem Brunisława Wielkiego. Związane to było między innymi z nieobecnością przyszłego właściciela włości, który tymczasem świetnie się bawił nad morzem w towarzystwie wiecznie nim zauroczonych dziadków. No cóż…ktoś musi urabiać się po pachy w gładzi czy farbach żeby ten drugi ktoś mógł się pławić w nadmorskich luksusach.

Jednak jak to często bywa, po grubszych remontach i przeróbkach konta bankowe zaczynają ziać pustką, a portfele kurczą się do rozmiarów mikroskopijnych i stają się wyłącznie przechowalnią paragonów i przypadkowych papierków od cukierków. A kiedy brak funduszy główką trzeba trochę ruszyć :) Jedynym wyjściem jest postawienie na kreatywność i pomysłowość, doprawione odrobiną wysiłku fizycznego.

I tak powstało wiele pomysłów na aranżację pokoiku. Za punkt honoru obrałam sobie bowiem stworzenie pomieszczenia wypełnionego ulubionymi motywami małego lokatora. Od kiedy skończył 2 lata jego bezdyskusyjną manią były litery, tak też zrodziła się idea oklejenia jednej ze ścian kolorowym alfabetem wyciętym z MDF’u. Zakupiłam w tym celu literki na aukcji, farby do drewna a następnie rozpoczęłam dość długi, albowiem trwający 2 popołudnia, jednak bardzo przyjemny proces malowania liter. Zabawy było przy tym nie mało, nie wspominając o czekającym mnie na końcu szorowaniu balkonu.  Przy okazji pędzel „zahaczył” także o 2 pudełka na juniorowe arcydzieła a także starą tablicę korkową, pamiętającą jeszcze czasy mojej szkoły podstawowej ;)

Poniżej parę prezentacji, jak coś można zrobić z prawie niczego :)

 

 

Niefrytkowe frytki, czyli zdrowe alternatywy część pierwsza :)

Jesteście fanami frytek?
Nasz Junior zdecydowanie jest zapalonym pochłaniaczem ziemniaczanych paluszków :)
Jak wiadomo, mrożone frytki do najzdrowszych nie należą, zresztą ciągłe serwowanie nawet tych domowych nie jest najlepszym i najzdrowszym pomysłem.
Czym więc zastąpić ulubioną potrawę, żeby maluch nie czuł się poszkodowany?
Nasz pomysł na alternatywę tłustych fryteczek zaczerpnęliśmy prosto ze słonecznej Hiszpanii :)
Nic prostszego, wystarczy zastąpić surowe ziemniaki cukinią czy bakłażanem.

A oto prosty przepis na pyszną przekąskę:

Kroimy cukinię i bakłażana na standardowe paski.
Pokrojone kawałki obtaczamy w mące, można się pokusić o wybór mąki kukurydzianej dla ciekawszego smaku.
Pokryte panierką warzywa wrzucamy na głęboki, dobrze rozgrzany olej, my stosujemy za radą znajomej dietetyczki olej ryżowy, ale sprawdzi się także klasyczny olej słonecznikowy.
Bakłażanowe i cukiniowe fryteczki smażą się dość szybko, dlatego trzeba trzymać rękę na pulsie, a najlepiej na patelni i po zarumienieniu się wyłożyć je na talerz.

Smacznego!

 

 

Zakupowe urwanie głowy…

Pomimo ciągłych gwałtownych zmian aury, nie  da się nie zauważyć faktu, że co raz żywszym krokiem wchodzimy w erę krótkich rękawków, falujących sukienek i letnich japonek. Dzięki Bogu wraz z ewolucją i wzrostem świadomości naszego społeczeństwa, z każdym sezonem co raz rzadziej jesteśmy narażeni na „apetyczne” widoki prosto z PRLu, wśród których zdecydowanie króluje klasyczna biała skarpeta w gustownych sandałach. Lato to jednak nie tylko widok opalonych i uśmiechniętych twarzy, rozkoszujących się upałami i korzystających z życia. Odnoszę wrażenie, że lato to epoka kobiet ciężarnych, które jak grzyby po deszczu wyłaniają się po wielu miesiącach ukrycia. Pełne optymizmu kołyszą się na boki, eksponując swoje urocze krągłości i dzierżąc w  dłoniach kolorowe siatki pełne dziecięcych akcesoriów, do znudzenia błękitnych lub przesadnie różowych. Po sposobie poruszania, pełnego organizacji i zdecydowania widać, że nastąpił w ich życiu etap wicia gniazda. Sama przechodziłam przez ten okres i świetnie pamiętam jak pełna werwy rzucałam się w wir dzikich porządków, polegających głównie na wielokrotnym myciu całego mieszkania i praniu mikroskopijnych ubranek pokrytych uśmiechniętymi misiami i uszatymi królikami. Cały obrazek byłby spójny gdybym nie przypominała do złudzenia słonia w składzie z porcelaną… Na widok olbrzymiej, wybrzuszonej żony ze wzrokiem szaleńca mąż dostawał zawału, obawiając się nagłego, niespodziewanego porodu w kuchennych pieleszach. Obawy były nieuzasadnione, gdyż pomimo kilku dni opóźnienia i 5km marszu po ogrodzie zoologicznym, Junior zwany pieszczotliwie Stefanem nie zamierzał się nam objawić. I trwał w swoim postanowieniu aż do 2 tygodni po terminie :)

Z perspektywy czasu, na wspomnienie bezsensownie wydanych pieniędzy na pękatą wyprawkę zastanawiam się czy ciąża w jakiś magiczny sposób wpływa  na kobiecy mózg, zmniejszając iloraz inteligencji i przyćmiewając zdrowy rozsądek przyszłej mamy. Jeśli byłyby na to jakieś potwierdzone badania, jestem przekonana, że znajdowałabym się w kręgu przypadków najbardziej dotkniętych zanikiem szarych komórek. Zanim jeszcze wkroczyłam w ostatni miesiąc ciąży, szafa juniora nie domykała się, kuchnia pękała w szwach od butelek, buteleczek, podgrzewaczy i innych dupereli, które przez następny rok niemiłosiernie kurzyły się i przypominały o bezsensownym trwonieniu pieniędzy. Z drugiej jednak strony trudno się dziwić pierworódkom, którym wmawia się, że bez produktu A nie zdołają dobrze zaopiekować się dzieckiem, a brak produktu B grozi totalną katastrofą macierzyńską. Każda z nas chce się jak najlepiej przygotować na przyjście na świat malucha i dać mu wszystko co najlepsze. Chcemy żeby się rozwijało i miało poczucie bezpieczeństwa. Niestety producenci łapią nas w swoje marketingowe pułapki, wmawiając nam potrzeby, których nigdy wcześniej nie wykazywałyśmy.

No tak, po trzech latach wszystko wydaje się takie proste. Często powtarzam sobie, że przy drugim maluchu nie popełnię już tych błędów i przemyślę wszelkie wydatki, uwzględniając ich niezbędność i sensowność. Tym razem ograniczę zakup ubranek do kilku sztuk, a z grzechotkami i innymi grająco-świecącymi zabawkami poczekam do czasu gdy brzdąc będzie w stanie się w ogóle nimi bawić. Wszystko to brzmi teraz tak dojrzale… ale dlaczego te błękitne bodziaki są takie urocze, dlaczego te pluszowe misie patrzą na mnie takim proszącym wzrokiem jakby mówiły „kup mnie, kup mnie!”. Na widok nowo narodzonych maluszków moich koleżanek aż przychodzi ochota na kolejnego brzdąca… No nic, trzeba się pogodzić z faktem, że wraz z przypływem uczuć macierzyńskich przybywa obsesji na punkcie różu i błękitu a z konta ubywa pieniędzy. Pozostaje tylko wierzyć, że następnym razem ciążowo- zakupowa obsesja wpłynie w mniejszym stopniu na zanik samokontroli. Tymczasem ograniczam swoją wrodzoną rozrzutność do strefy remontu, którego końca nie widać, ale o tym kiedy indziej ;)

 

www.babyranking.pl

Co my mamy z tego mamy???

Kobieta wiele twarzy ma… co do tego nie ma wątpliwości. Jej rola modyfikuje się wraz z upływem czasu oraz zmianą okoliczności życiowych. Przychodząc na świat stajemy się córkami, oczkami w głowie naszych rodziców. Chwilę później, szczególnie w percepcji naszych rodziców, zmieniamy się w żony naszych mężów. Kolejny ruch na życiowej szachownicy to narodziny naszych pociech.  Bez względu na to, na którym etapie naszej egzystencji się znajdujemy, podlegamy ciągłej ocenie innych osób i staramy się jakoś wpasować w panujące w społeczeństwie zasady.

No tak, ale w takim razie co zrobić gdy nie ważne co robimy i jaką obraliśmy drogę zawsze znajdzie się mały chochlik szepczący nam do ucha: „czy jesteś pewna, że to dobra decyzja”? Jak większość kobiet miewałam na swojej ścieżce wiele decyzyjnych momentów. Jednym z nich była rezygnacja z etatu na rzecz poszerzania naszej dotychczas dwuosobowej rodziny. Odniosłam wtedy wrażenie, że była ona ogólnie pochwalana i akceptowana przez otoczenie. Można powiedzieć, że była poprawna politycznie ;) Wydawać by się mogło, że wynikało to z przyzwyczajenia, że kobieta wraz z przyjściem na świat dziecka staje się głównie mamą i to wychowaniu malucha powinna się oddać w całości.  Jest to dość dziwna i niekonsekwentna zależność. Z jednej strony kobieta stawiająca na rozwój zawodowy, próbująca szybko wrócić do pracy po urlopie macierzyńskim, spotyka się przeważnie z krytyką i ciosem w jej matczyne uczucia. Z drugiej natomiast strony niejedna z moich koleżanek o dłuższym stażu rodzicielskim spotkała się z zaszufladkowaniem jej jako bezbarwnej matki polki, ograniczonej do swoich czterech ścian i niezdolnej do zaoferowania otoczeniu niczego co wykraczałoby poza tematykę dziecięcą. Jak to jest, że wymagana na wstępie od kobiety rola matki, przybiera nagle pejoratywnego wydźwięku?  Co się stało, że w oczach społeczeństwa przeobraża się w zasadzie niewiele robiącą kobietę, żyjącą na garnuszku męża i nie wykazującą specjalnie ciekawych zainteresowań? Z drugiej natomiast strony matka decydująca się na rozwój kariery i stawiająca na życie zawodowe staje się synonimem nieczułej na losy własnego dziecka karierowiczki- potwora?  Nad tym zapewne głowiło się już wielu psychologów i socjologów. Jedno jest pewne, stare powiedzenia mają swoje racje, a w tym przypadku sprawdza się zasada, że jeszcze się taki nie narodził co by wszystkim dogodził. Spotkałam na swojej drodze wiele typów osobowości. Jedne dopingowały mnie w moich często niełatwych wyborach, pomagały w trudnych okresach a z sukcesów cieszyły się równie gorąco. Bywały i takie, które za wszelką cenę starały się podcinać skrzydła. Jedno jest pewne, to co robię dziś i jaką jestem osobą zawdzięczam im obu. Bowiem jak stać się silnym, jeśli na drodze nie ma żadnych przeszkód?

Często po całym dniu pracy i popołudniowej opieki nad moim skarbem złośnikiem zastanawiam się w chwili wycieńczenia i słabości, co ja z tego wszystkiego mam? Co z tego całego wysiłku, starań i akrobacji wykonanych w celu nakarmienia domowników i doprowadzenia mieszkania do stanu użyteczności wynoszę oprócz zmęczenia? W takich momentach przypominam sobie jak pierwszy raz zobaczyłam swojego syna na świecie, jego pierwszy uśmiech oraz jego pierwsze: „kocham mumusia” i cała chandra pryska jak bańka mydlana.  A propos baniek, przypomniałam sobie, że ten magiczny sprzęt jest na wykończeniu i czas wpisać go na listę oczekujących zakupów. Wracam zatem do obowiązków a wszystkie inne mamy gorąco pozdrawiam i życzę dużo cierpliwości i wytrwałości w swoich wyborach, nawet tych najgoręcej krytykowanych przez innych ;)